Me inside the digital world… – artykuł

Zapraszamy do zapoznania się z artykułem autorstwa Anny Ochmann Me inside the digital world… (tutaj) napisanego w ramach projektu “Global FemArt– Supporting Female Artists and Creatives to Globalise their Business”.

Zapraszamy także na FB projektu, a poniżej artykuł w języku polskim.

Projekt jest współfinansowany w ramach Programu Erasmus+.

Ja w krainie cyfrowej…

Ogromna, prostokątna hala jakich wiele na Śląsku mojego dzieciństwa.

Od typowych fabrycznych hal różni ją jednak czystość i intensywne światło jarzeniówek, które sprawia, że ma się wrażenie przebywania nie w hali, a raczej w sali operacyjnej. I „wyposażenie”.  Duża, otwarta przestrzeń wypełniona jest labiryntem dziwnych metalowo-szklanych „szaf” z wielkimi szpulami-dyskami. Wpatruję się z zachwytem jak z jednej z nich wysuwa się miarowo długi wydruk wypełniony ‘X-ami’ i ‘0-ami’ układającymi się w rysunek Myszki Miki… Za chwilę ze specyficznym, ni to szumem ni terkotem, powoli drukują się kacze stopy… ‘Kaczor Donald’ – krzyczę – szczęśliwa że rozpoznałam kolejnego X/0-wego bohatera…

Wypełniam zapamiętale wszystkimi kolorami kredek kształty postaci z kreskówek Disneya siedząc na ziemi przed rzędem „szaf”. Przede mną labirynt drukarek połączonych z dwoma komputerami (też wielkości szaf). To ‘George’. Pamiętam jeszcze miarowy, ale po pewnym czasie de facto już niesłyszalny, szum klimatyzacji. Stała temperatura w pomieszczaniu jest bardzo ważna – George nie może się przegrzewać. 

Ostrzę kredki, a dziadek cierpliwie tłumaczy mi co to jest. Że te maszyny liczą pensje dla górników i drukują „paski wypłat”. Że to pierwszy taki sprzęt w Polsce, drugi ma katowicki GUS… Górnictwo jest w latach 80-tych potęgą w Polsce, więc może sobie pozwolić na zakup takiego sprzętu. I tak dzięki Dziadkowi poznaję TO słowo…

Komputer.

***

Moi rodzice to pokolenie nielegalnego wówczas w Polsce radia Wolna Europa. Charakterystyczny sygnał radia towarzyszy także mi od najwcześniejszego dzieciństwa, a audycje i piosenki Jacka Kaczmarskiego kształtują mnie w takim samym stopniu jak młodzieńcze, również często ‘nieoficjalne’ lektury. Do dziś pamiętam pierwsze zdania „Komu bije dzwon” Ernesta Hemingway czy zarwane noce przy czytaniu „Stworzenia świata” Gore Vidala.

Mojemu dzieciństwu towarzyszy jednak także inny dźwięk. Dziwny. Przytłumiony. Nie wolno nam o tym mówić nikomu, ani w szkole, ani w przedszkolu, ani na placu zabaw. Dźwięk dobywa się spod koca, pod którym rodzice przepisują nielegalne biuletyny solidarnościowe. Na zwykłej maszynie do pisania, bez taśmy i bez kalek, za to na specjalnym, jakby woskowanym, papierze. Trzeba uderzać jak najmocniej (stąd ten koc – bloki z wielkiej płyty niosą po piętrach wspaniale wszelkie dźwięki). Uderzenia pozostawiają wypukły ślad na papierze, który potem pokrywa się farbą drukarską i powiela. Jakość jest kiepska, a liczba kopii z jednej ‘matrycy’ ograniczona. Stąd potrzeba wielu takich jak oni… Nikt nie wie wówczas co to program do edycji tekstu, domowa drukarka. Albo ksero.

Potem mama „rozprowadza” te ulotki w wózku dziecięcym mojej siostry. Kiedyś gubi torbę z ulotkami. I swoimi dokumentami. Pamiętam strach całej rodziny przed aresztowaniem. Ale to już zupełnie inna historia…

***

Tęczowa flaga w prawym dolnym rogu. 48 kB pamięci RAM. Moc 3,54 MHz. Joystick. I jednocześnie pierwsza, gumowa (!), klawiatura komputerowa w moim życiu. No i nieodłączny magnetofon kasetowy. ZX Spectrum.

Przeszywające uszy piski, zgrzyty kiedy wgrywam – z kasety magnetofonowej – ‘Boulder Dash’ rozgrywającą się w świecie labiryntu pełnym kamieni i diamentów. To moja pierwsza gra komputerowa. Jest jeszcze strzelanka „Comando” (jak dla mnie – oczywiście dla chłopców) czy wyścigi „Turbo Esprit” (w sumie też bardziej dla chłopaków).

W domu nie słucha się już radia (jego miejsce zajmuje telewizor), więc przegapiam, że w wieczornych audycjach Rozgłośni Harcerskiej Polskiego Radia są czasem emitowane tak dobrze znane mi piski i zgrzyty…  Wystarczy je nagrać i wczytać, już z kasety, najnowszą grę…

***

Kilka lat później. Niecierpliwe oczekiwanie na powrót taty z Niemiec. Tych prawdziwych, czyli Zachodnich. I na Amigę 500. To inny świat. Procesor Motoroli. 0,5 MB pamięci RAM (z możliwością rozbudowy do 8MB!). I przede wszystkim – już nie będą potrzebne kasety. Używa się ‘dyskietek’. Dyskietka – kolejne nowe słowo. Komputer wyposażony jest w stację 3,5-calowych dysków, stereofoniczny dźwięk i wyświetlacze 4096 kolorów…

Zapamiętale gram w „Lemingi”… I kartkuję 13-o tomową encyklopedię, żeby zobaczyć na rysunku jak wyglądają te zwierzaczki naprawdę.

***

A potem świat przyspiesza. Pamiętam jeszcze wielką czaszę telewizji satelitarnej, która przysłaniała większą część okna, pierwszy telefon komórkowy taty czyli walizkę (dosłownie) ze słuchawką (taką jak w telefonach stacjonarnych, na które zresztą się czeka nawet kilka lat i często załatwia (!) dopiero po znajomości, chociaż jest już po Okrągłym Stole a Polska zmienia się w zawrotnym tempie). I który nagrzewał się tak bardzo, że można było rozmawiać maximum kilkanaście minut, bo potem parzył ręce.

***

Studiuję na krakowskiej ASP. Cały mój dyplom, wszystkie rysunki, rzuty, przekroje, wizualizacje rysuję ręcznie (do dziś pamiętam wypowiedź jednego z profesorów – że jak się umie rysować ręcznie to można narysować wszystko, zawsze i na wszystkim, a jak wyłączą prąd to co z tymi co tylko na komputerach potrafią…).

Pierwszy komputer, na zakończenie studiów, dostaję od dziadka. Duża skrzynia plus jeszcze większy ekran. Jest specjalny. Taki „do grafiki”. Stoi w ‘mojej pracowni’ czyli na zabudowanym balkonie. Zimą mróz przenika przez drewniane i nieszczelne ramy okien i sprawia, że kostnieją mi palce gdy staram się zrozumieć jak działa „word czy „excel”. Latem mam wrażenie że siedzę w terrarium. A jednak uparcie próbuję dalej swoich sił z wordem, excelem. I corel drawem…

***

Ten tekst piszę siedząc w komfortowym autobusie i mknąc na międzynarodowe seminarium. Piszę na laptopie ważącym mniej niż 2 kg. Korzystam z darmowego wi-fi i Wikipedii, ze zdjęć zrobionych smartfonem, którego możliwości i funkcji tak naprawdę nawet w 10% nie wykorzystuję… Aplikacje w telefonie, programy w komputerze – to wszystko otacza mnie stwarzając możliwości o jakich nie śniłam jako dziecko czy studentka.

Jestem z pokolenia które jest wciąż, i długo jeszcze będzie, aktywne zawodowo. Które musiało się zmierzyć w swoim życiu zawodowym z rewolucją cyfrową. Także w sztuce, w projektowaniu. W dostępie do informacji. W zrozumieniu i zastosowaniu nowych narzędzi.

Ale ostatnio, w trakcie zajęć ze studentami architektury, patrząc jak biegle posługują się tymi narzędziami cyfrowego, globalnego świata, zapragnęłam, żeby wrócili na chwilę do „korzeni” i do namysłu nad białą kartkę i ‘oldskulowym’ ołówkiem 2B.