Być… freelancerem (artykuł)

Zapraszamy do zapoznania się z artykułem autorstwa Anny Ochmann „TO BE A… FREELANCER!” (tutaj) napisanego w ramach projektu “Global FemArt– Supporting Female Artists and Creatives to Globalise their Business”.

Zapraszamy także na stronę projektu oraz projektowego FB, a poniżej artykuł w języku polskim.

Projekt jest współfinansowany w ramach Programu Erasmus+.

Być… freelancerem

W lipcu 1999 roku odbierałam dyplom Akademii Sztuk Pięknych. Szczęście mieszało się we mnie z obezwładniającym zmęczeniem. Duma z ukończenia krakowskiej uczelni artystycznej z poczuciem bezradności – co dalej?. „Piątka” z dyplomu miała wyraźny posmak szpitalnych kroplówek.

Kilka miesięcy wcześniej. Pociąg ze „studenckiego” Krakowa do „rodzinnego” Zabrza. W głowie czuję eksplozję i nagle otaczają mnie esy floresy zacieków brudu upstrzone kleksami zeschniętej gumy do żucia. Wszystkie odcienie szarości wymieszane w organicznych formach pociągnięć szmaty do mycia podłóg.  Najgorszy jest jednak zapach. Mdlący… Zapach wielowarstwowego, wielodniowego brudu – kurzu przyniesionego na butach pasażerów, ale przede wszystkim składników tak popularnych w „nowej” Polsce (tej po 1989 roku) kanapek zwanych dumnie-szumnie hamburgerami, które spadły na podłogę. Woń ogórków konserwowych, cebuli, ketchupu… Trzymam się kurczowo nóżki obitego wyblakniętym skajem siedziska klasy 2. Nie mogę wstać bez obezwładniającego bólu głowy. Moje ciało powiedziało dość – w ostatnich miesiącach spałam za mało, pracowałam za dużo…

To był czas, który teraz wspominam z refleksją – jak bardzo uczelniane życie, dyskusje o „essence of beauty” czy o „doświadczeniu i symbolice światła w średniowieczu” nie przystawały do rzeczywistości mojej ówczesnej i późniejszej pracy zawodowej. Najpierw tej jeszcze studenckiej – w agencjach reklamowych, potem tej… freelancerskiej.

Freelancer. Słowo wówczas, i nawet dzisiaj jeszcze, nowe w Polsce. Słowo dziwne. Naznaczone piętnem czegoś złowrogiego. Słowo, które pokochałam za poczucie wolności. Niezależności. Wyzwania. Znienawidziłam za niepewność. Za tymczasowość. Swoistą chybotliwość. Pamiętam i łzy z o powodu niezapłaconej wielodniowej pracy (czasy umów „na gębę”) i skrzydła – gdy zaprojektowane przeze mnie stoisko przyciągało uwagę tłumu międzynarodowych targów. Frustrację z powodu długich dni nad rysunkami koncepcyjnymi, nad deską kreślarską, ostrzenie ołówków (to nie był czas komputerów), jedyny w swoim rodzaju zapach gumki chlebowej, ale i wypłatę w grubej, niebieskiej kopercie (nie miałam wtedy swojego konta w banku…). Pamiętam pierwsze negocjacje, pierwsze zaprojektowane przeze mnie od początku do końca stoisko na targi w Dreźnie (Niemcy) i wielogodzinne wyklejanie metrów kwadratowych wydruków, bo folie za późno przyjechały (z grupą przypadkowych pomocników „złapanych” do pomocy de facto prosto z ulicy). Próby organizowania ich pracy, tłumaczenia co mają zrobić, ściganie się z czasem. I żmudne przekuwanie szpilką baloników powietrza uwięzionych między foliowymi warstwami. I jeszcze objeżdżanie miasta w środku nocy w poszukiwaniu witryn sklepowych z manekinami – żeby znaleźć kontakt do właścicieli i zaspanych, ledwo wybudzonych (telefonem z budki telefonicznej!) błagać o wypożyczenie na 4 dni targów plastikowych postaci, bo nasze nie dojechały…

Pamiętam też pierwszy wyjazd do Brukseli. Różnice kulturowe w pracy (przede wszystkim językowe – pierwsza rzecz jakiej się uczę, jak ciężko wyrazić precyzyjnie swoje myśli w obcym, wyuczonym języku w rozmowie z osobami, dla których ten język także nie jest ojczystym). Satysfakcja z pierwszej prezentacji. Kolejne sprzedane obrazy.

Uczelnia mnie na to wszystko nie przygotowała. Ani do kontaktów ze zleceniodawcami czy klientami, ani do pracy zespołowej. Ani do umiejętności wyceniana swojej pracy, sprzedaży swoich umiejętności. Ani do radzenia sobie ze stresem i przeciążeniami, pracy pod presją (też presją czasu). Ani w zakresie wiedzy o własności intelektualnej czy prawie autorskim. A i tak wiem że studiowałam w najlepszym czasie, na najlepszej uczelni i miałam najlepszych wykładowców, fajne i inspirujące koleżanki i kolegów. Do dziś z nostalgią wspominam teorię sztuki, zajęcia z rzeźby, rysunek odręczny czy długie dyskusje o sztuce przy kawiarnianych stolikach popijając jedną herbacie przez 5 godzin.

Pisząc ten krótki tekst zastanawiam się czy i jak można przygotować młodą kobietę do takiej pracy w zgobalizowanym świecie. Pracy w sektorze kreatywnym i sektorze kultury – z definicji nieznających granic a jednocześnie mocniej niż wszystko inne w tych graniach – kulturowo – osadzonych. A przede wszystkim jak można ją przygotować do pracy przeważnie freelencerskiej?